Zastanawiam się jak to być może, że krzyżują się spojrzenia wśród słów tłumu, a oczy roześmiane dalej kroczą, nieświadome nadchodzącej tęsknoty. (... i proza się poezją staje, choć napoczęta dopiero...) Skąd biegnie kręta ścieżka powiązań od Twoich dłoni do mojej skóry, która niedotknięta jeszcze, już się napina i rumieni. Od niechcenia muskasz słowem, jak dotykają dłonie filiżanki z kawą, kiedy czytasz poranną prasę, a w głowie masz mój uśmiech. I brzeg jej staje się źródłem pieszczoty ust moich, gdy opuszkiem zataczasz koła, a dłoń napiera na porcelanową kibić, wplatając palce w zakole ucha... Wzdycham cicho, w bezruchu, wypełniona smakiem. Czekam, zastanawiając się - jak dalece mogą dotknąć mnie słowa?