Za górami, za lasami, za samą Łodzią i Warszawą, w małym zamku nad brzegiem morza mieszkał pewien Rycerz. Nie był z rycerzy ciężkozbrojnych, ot - miał miecz, i tarczę, i stary podniszczony hełm, darowany mu przez babkę, stanowiący dziedzictwo po przodkach. Kiedyś miał i konia do kompletu, ale padł był na jednej z wojenek - a że Rycerz przywiązany był bardzo do niego, więc obiecał sobie solennie pieszo żywota dokończyć. Powróciwszy do domu po długiej wędrówce, zdjął hełm i włożył go w kufer z herbem rodzinnym. Potem popatrzył na swój miecz, tarczę.
"Bez mojego konia nie jestem w pełni sobą." - pomyślał. I zapełnił kufer wszystkim tym, co w jego mniemaniu czyniło go Rycerzem.
Chodził odtąd pieszo po świecie, imając się różnych zajęć. Był kowalem, i kaletnikiem, uczył dziatki kaligrafii. Ot, co wpadło w ręce, tym je zajmował. Czasem zapominał, że w zamku, w komnacie, w kufrze - leży to, z czego całe życie był dumny. Co cieszyło go najbardziej. Nawet jeśli wracały we wspomnieniach dawne czasy, był w nich i koń Rycerza. I łza spływała bezwiednie po szorstkim, zaciętym policzku - zanim zgarniał ją ruchem dłoni w pośpiechu, jak złodziej, by spoczęła w zaciśniętej w kieszeni dłoni.
Żył tak nasz bohater, bez nadziei patrząc na każdy wschód słońca. I nic miało się nie zmienić - aż do pewnego poranka, kiedy wśród mgły spowijającej łąkę obok zamku, doszło jego uszu delikatne rżenie. Skamieniał, nasłuchując. Nie powtórzyło się jednak, więc przeklinając w duchu czy to mgłę czy imaginację, odszedł do swych codziennych zajęć.
Jednak od tego czasu wracał często myślami do owego wydarzenia. I dziwnie wtedy drżało mu serce.
"Czy jest możliwym, żeby były jeszcze na tym świecie konie?" - myślał zaskoczony.
Każdego dnia rano wybiegał wzrokiem na łąkę, jakby czegoś szukał. Jakby spodziewał się coś tam znaleźć. Minęła już jesień, i zima, i wiosna wybuchła życiem - ale tęskne spojrzenie chwytało tylko mgłę. Rycerz robił się coraz bardziej smutny. Coraz rzadziej wychodził z zamku. Coraz częściej przeganiał ludzi, którzy chcieli go rozweselić. Nie miał przyjaciół, nie cieszyły go przygodne dziewki, przestał przyjmować zaproszenia na okoliczne turnieje. Nie miał już przecież w sobie nic z Rycerza, jakim był kiedyś. Hardość ducha przekuł w szorstkość, niedostępność, chłód.
Ostatniego dnia lata zapukała do bram zamku młoda dziewczyna. Niechętnie wstał i już miał przegonić ją jak to miał w zwyczaju, gdy uszu jego doszło rżenie. Stanął oniemiały, patrząc. Trzymała za uzdę konia. Koń patrzył na niego, jak i dziewczę patrzyło - ufnie, prosto w oczy.
- Mieszkam po drugiej stronie lasu, Panie. - rzekła - Kiedy wybieram się po bursztyn, czasem zatrzymuję się na łące nieopodal zamku. Mój koń bardzo lubi to miejsce... a i ja chętnie tu odpoczywam. Nie znam Cię, Panie, jednakże mam prośbę. Zbiera się na burzę. Czy możemy liczyć na schronienie, póki nie będzie możliwa dalsza jazda?
Rycerz nie mógł oderwać wzroku. Nie wiedział tylko - czy od konia, czy od dziewczyny z warkoczem? Bo miała piękny warkocz, w kolorze miodu. Stał więc i patrzył. Nie zmieszane tym dziewczę rozciągnęło usta w uśmiechu. Koń zarżał lekko, kiedy przez niebo przeszedł pierwszy grom.
Kiedy jabłka zaczęły dojrzewać w sadzie, w zamku odbyło się weselisko. Ileż było radości w tym dniu! Ileż radości! Rycerz tańczył w objęciach żony, a z boku stał otwarty kufer babki, w nim zaś lśniło rodowe oręże.
***
Jeden poranek, by rozbudzić tęsknotę. Jedna burza, by zapełnić pustkę.
Jak wiele - i niewiele zarazem - trzeba, żeby przypomnieć sobie, że człowiek bez miłości jest jak rycerz bez konia.