Kiedy nikt nie patrzy, lubię stać na balustradzie.
Jest słońce wiosennie biorące w ramiona szyję, wyciągniętą lekko. Wiatr ciepły, zawsze gotowy do pieszczoty. Są włosy, w myślach zawsze dłuższe niż w rzeczywistości – zaplątane w tym słońcu i wietrze.
Stoję na balustradzie. Ramiona rozrzucone szeroko pomagają zachować równowagę ciału. I staję się żaglem, kiedy uderza w długą sukienkę pierwszy mocniejszy podmuch. Gdybym uchyliła powieki, pewnie zobaczyłabym fale zielonych jeszcze kłosów, które płyną pode mną rwącym potokiem, poszeptując czule poezję zapisaną pierwszą kroplą puszczonego soku, jak serdecznym atramentem. Stoję więc na balustradzie i za nic mam grawitację, kiedy oddaję się ufnie cała jak w ręce czułego kochanka – słońcu, wiatrowi i myślom rozbieganym, co metę widzą tylko w Twoich oczach.
To nic, zupełnie nic – że trzeba będzie zejść jeszcze teraz i zanurzyć się w codzienność. Któregoś dnia skoczę. Utulona wiatrem miękko opadnę w Twoje ramiona i usłyszę: Witaj w domu, czekałem.