Jeśli spojrzysz uważnie na wschód, zobaczysz Ją, bądź pewien. Rankiem plecy oświetla, wieczorem twarz, wszechwiedzące Słońce. Niezmiennie zadziwione tą kobietą, co stoi kamieniem i czeka. Spieszy się do południa, żeby zobaczyć twarz, zaglądnąć w oczy – a Ona kamień zamienia w żywą tkankę tylko po to, by dłonią zasłonić się od tego spojrzenia. Oślepiona bowiem, może nie zauważyć, że wracasz. Kim jesteś, że czeka, trwoniąc chwile, jakby życie bez Ciebie nie było życiem? Jak bardzo do Niej wracasz, patrząc na wschód, kiedy za plecami, krwawiąc, zachodzi Słońce?
Ono już kiedyś widziało taką kobietę. W czekaniu przybywało jej i lat, i zmarszczek, a dłonie pracowały w dzień, by pruć nocą tę nieszczęsną tkaninę, co odmierzać miała czas do niepowrotu. Gdyby bardziej ułożyło się z Czasem, wiedziałoby, ile razy okrążyło Ziemię od tamtej chwili, kiedy, skończywszy tkać, otarła rogiem łzę. Inne ramię zaprowadziło ją na Wyspy Błogosławione. Nie sposób jednak było doszukać się na jej twarzy uśmiechu, jaki wywołać umiał tylko Ten, co nie wrócił.
Tymczasem, kiedy wieczór się zbliża, coś sprawia, że spoglądasz na wschód. Mógłbyś czasem przysiąc, że Wiatr – posłaniec – niesie szeptem wieczorną obietnicę: "Noc będzie długa, pruj coś utkała, Penelopo."
Bo Wiatr, jak i Słońce, nie układa się z Czasem.
Bo Wiatr, jak i Słońce, nie układa się z Czasem.