Bajka o Królu Słów
Bajka będzie krótka.
Był sobie raz Król, który nie umiał mówić. Kiedy się urodził, rodzice nie zauważyli od razu tej anomalii, ponieważ Królewicz zachowywał się jak każde normalne dziecko. Tyle, że był małomówny. Wyrastał więc przyszły monarcha w milczeniu oglądając świat, a jego zamyślone spojrzenie i potakiwanie głową często brano za mądrość. Jeszcze częściej za niezwykłą jak na ten wiek dojrzałość.
Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, że Królewicz nie mówi nie dlatego, że nie chce – a temu, że mówić nie potrafi!
Mijały lata, które upływały mu w milczeniu. A że był bardzo samotny, zaczął czytać. Wpierw w myślach obracał słowa, potem zaczął szeptać. Ku swojej wielkiej radości zauważył, że cudze słowa coraz pewniej przechodzą mu przez gardło. Zaczęły one z czasem wybrzmiewać coraz głośniej. Radowała rodziców ta odmiana. Cieszyli się tak bardzo, że zupełnie nie zauważyli wyuczonych kwestii coraz płynniej wypowiadanych ustami ich syna – i brali je za jego własne myśli, przekonania. Królewicz zaś nie wyprowadzał ich z błędu. Z czasem sam uwierzył, że mówi to, co chce, nie zaś to, co przyswoił całe dnie spędzając z nosem w książce.
Nadszedł więc dzień, w którym włożono mu berło do reki, a na głowę wciśnięto przyciasną koronę. Miał już opinię mądrego, rozważnego młodzieńca – miał teraz ugruntować swoją pozycję, przemawiając do poddanych. Za chwile miał wkroczyć w prawdziwe życie. Być odpowiedzialnym nie tylko za siebie, a za całe swoje królestwo. Od teraz aż do śmierci.
Popatrzył na zebrany, oczekujący tłum. Już miał otworzyć usta, kiedy gardło ścisnął mu straszny strach. Lęk tak wielki, że jedyne co potrafił zrobić, to patrzeć. A potem odwrócił się na pięcie i uciekł. Tak po prostu. Gawiedź z początku starała się dodać mu animuszu pokrzykując radośnie, wyczekująco. Kiedy jednak jasne się stało, ze audiencja dobiegła końca, zanim się zaczęła – rozeszli się poddani do swych domów, kręcąc z niedowierzania głowami. Co się nagle stało z ich mądrym królem, który na wszystko miał odpowiedź?
Monarcha zaś, ciskając berło w kąt wielkiej królewskiej biblioteki, stał i godzinami oglądał okładki, tworzące jakby drugie cztery ściany pomieszczenia. Obite w skórę i złoto, mieniły się karmazynem, szafranem i ultramaryną. W każdej inne życie, inny bohater… Znał każdą kartkę, z pamięci mógł odtworzyć strona po stronie…
Zrozumiał nagle, jak bardzo przyswoił sobie cudze słowa, cudze żywoty. I jak mało ma do powiedzenia sobą samym.
Był Królem Słów – tylko z nazwy. Cały był tylko Nazwą.
Mogłaby się pleść dalej opowieść. Mogłaby zakończyć się szczęśliwie.
Ale urywa się tutaj właśnie, w królewskiej bibliotece, gdzie stary człowiek w koronie na głowie z obłędem w oczach bezgłośnie porusza ustami, usiłując wyrazić siebie. Tyle, że nikt go już nie słucha…