Nie mam czasu o tym myśleć, tak organizując sobie dzień, żeby to drżenie nie uwierało bardziej, niż musi. Żeby nie prowokowało myślenia o tym, skąd się bierze i kiedy staje się tak natrętne, że nie można go zignorować.
Dziś drżały mi dłonie, kiedy wyszłam z pracy, w mrok. Kiedy ciało opuściło napięcie, pozostało tylko to - żar rozedrganego papierosa. I telefon. Jest taki blond-głos w słuchawce, który zazwyczaj doskonale rozluźnia mi myśli...
W mieszkaniu zaś czekała paczka. Przyduża, pomyślałam więc, że to kurier jak zwykle, nie zastawszy sąsiada w domu, zostawił ją u nas. Zerknęłam. Jednak do mnie!
Aniołku... drżały mi ręce, kiedy otwierałam. Im bardziej otwierałam, tym bardziej drżały. Wyciągnęłam skarby. Miała być jedna jedyna książka. Dostałam dwanaście. I list. I zdjęcie.
Nie masz pojęcia... nie, to ja nie miałam pojęcia, jak pojemne może być słowo "dziękuję". Pozwól więc, że tutaj, zamiast listu...
Dziękuję. Nie mniej, i nic więcej.
Nie pamiętam, kiedy ktoś tak mnie wzruszył. Trafiłaś w punkt, w Ten właśnie moment. Przysłałaś mi siebie i słowa.
